wtorek, 24 stycznia 2012

no to acta

wtorek, 17 stycznia 2012

fish eye mode: ON #4

Rybka wita po raz kolejny. Tym razem rejestrowała domówkę, którą opisałbym powiedzonkiem "when the cat's away the mice will play". Wersja angielska brzmi zdecydowanie lepiej niż polska ;p. PS na szczególną uwagę zasługuje parę włochatych mastershotów.




















poniedziałek, 16 stycznia 2012

ta piosenka za mną łazi #2

Tym razem chodzi za mną Marit Larsen (chociaż ja chętnie pochodziłbym za nią ;P) z piosenką Coming Home z jej nowego albumu Spark. Piosenkarka nieznana i pewnie tak pozostanie, no ale taki już los wartych słuchania artystów z Norwegii ;). Dobra nuta, dobry tekst, dobry teledysk. Enjoy!

czwartek, 12 stycznia 2012

k44 i pfk - koncert sentymentalny

Od momentu zdobycia biletu nie mogłem się doczekać tego dnia, a gdy w końcu nadszedł nie miałem zupełnie ochoty, żeby wychodzić z domu ;). Na szczęście mam tak zawsze, a im bardziej mi się nie chce tym lepsza zabawa mnie czeka. Ten wzór jeszcze nigdy nie zawiódł i oby tak dalej. Z początku miałem jechać tylko z bracikiem, bo inne śpiące niedźwiedzie nie zdążyły kupić biletu, które nie ma co się dziwić zniknęły błyskawicznie ;p. Nauczony wielokrotnie (Depeche Mode) wiem i stosuję zasadę, jeśli bilet pojawia się w sprzedaży należy go kupić, a myśleć potem ;). Ostatecznie parę osób dało radę zdobyć wymarzony świstek, koncertowa ekipa urosła do 6 osób. Niestety nie udało nam się wszystkim razem pojechać i spotkaliśmy się dopiero w Mega Clubie. Przynajmniej było jak za dawnych lat, gdy jeździło się do Bravo ;).

Skoro grały sentymentalne składy, sentymentalnie musiało też być w głowie... było. Przyczyniły się do tego: obawa przed tym, że nie zdążę dojechać, walka przed klubem o wejście, walka w kolejce do szatni, walka o podejście do baru itd. ;P. Pisząc walka wcale nie mam na myśli wielkiej przepychanki i chamstwa. Było idealnie, sami kumaci ludzie, dużo szacunku i troszkę więcej kultury. Wszystko na spokojnie żadnych problemów, chociaż tak pełnego Mega w życiu nie widziałem. Fantastyczna sprawa!

Przed koncertem 1,5 godzinny popis na deckach dał DJ Feelx, który ładnie rozbujał zgromadzonych. Potem na scenie pojawił się Kaliber 44. Zniszczyli mnie totalnie. Jeden z lepszych koncertów polskiego zespołu na jakim byłem ever! Co chwile ciarki i dreszcze przez całe ciało, chociaż było gorąco na skórze gęsia skórka non stop. Odbierałem ten koncert wszystkimi zmysłami na raz, cudne uczucie! Nie da się tego opisać słowami. Abradab i Joka na zmianę z tłumem obrzucali się energią, która tak sobie latała na scenę i z powrotem do nas. Kuliminacyjnym momentem było pojawienie się Gutka i wspólne wyskakanie piosenki Rapowe Ziarno. Do tej pory nie wiem jak budynek wytrzymał to natarcie, ale był ogień. Najlepsze wykonanie tego wieczoru wliczając PFK ;). Po koncercie Kalibra bracik powiedział: "dla mnie mógłby już być koniec koncertu, jestem spełniony i mam dosyć" - słowa, które idealnie oddają to co wtedy czułem :>.

Po krótkiej przerwie na scenę wkroczyła Paktofonika. Myślę, że gdy patrzyli z loży na występ K44 wiedzieli, że nie dadzą takiego koncertu jak Kaliber (wypowiedź Fokusa na temat konceru K44 http://youtu.be/Zp0o_mcyvMU). Trzeba przyznać, że chłopaki polecieli na 100% swoich możliwości. Koncert PFK zupełnie inny, bardziej stonowany, mniej energetyczny, ale ruszający łeb i serce. Rahim razem z Fokusem w pewnym momencie poszli sobie na spacer po rękach ludzi wyciągniętych w górę. Niesamowita sprawa, bo zawędrowali aż na koniec klubu i wrócili na scenę ;). Bardzo podobało mi się to, że ludzie śpiewali wszystko, praktycznie cały czas zagłuszając odsłuchy (ostatani raz tłum był głośniejszy od wykonawców w marcu 2006r. w Spodku na depeszach :P). Oba koncerty były rejestrowane przez kilka canonowskich lustrzanek, tak więc mam nadzieję na klawy materiał.

Przez parę godzin byłem przeniesiony w czasie i odcięty od świata codziennego. Taki efekt kina/ligoty (iykwim) ;)  z tym że razy 10. Po koncercie znów duża dawka kultury w kolejce do szatni, co jest fenomenem na skale Polski na pewno. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z tak dobrze zabezpieczona imprezą i to dosłownie przez kilku ochroniarzy, którzy stojąc sobie spokojnie kierowali tłumem za pomocą głosu ;). Smuci fakt, że jest tak mało nagrań w dobrej jakości z tego koncertu. Jednak coś za coś, bo bardziej cieszy to, że był to koncert w starym stylu. Ludzie przeżyli go patrząc na scenę przez swoje oczy, a nie ekran LCD swojej wypasionej komórki do głaskania. Myślałem, że w tych czasach to już niemożliwe, a tu takie zaskoczenie :). Po opuszczeniu Mega Clubu przez parę godzin zwiedzałem sobie ukochane Katowice. Odwiedziłem Gastromatica, gdzie posiliłem się najlepszym ścierwozjadem na Śląsku ;P, oraz bar dworcowy, w którym do życia próbowała przywrócić mnie mała czarna :D. Dzień zakończyłem o 5 rano wypadając z 870 i wpadając do wyra.

Na koniec parę linków i zdjęc, które i tak nic nie dadzą, to trzeba było przeżyć.

Kaliber 44
film - http://youtu.be/IkJC_bFnSF8
gruby czarny kot + film - http://youtu.be/W8Yst4irI88
konfrontacje - http://youtu.be/vshXSTCI4Q4
normalnie o tej porze - http://youtu.be/9P8wjiBLk_A

Paktofonika
priorytety - http://youtu.be/ARAiuP-8Sg8
priorytety (całe) - http://youtu.be/4fRrP1Rt3VY
nowiny i spacer ;) - http://youtu.be/qI2nNe3JZGI
spacer (lepsza jakość) - http://youtu.be/rEEfamDpVL8
chwile ulotne - http://youtu.be/a0Sw60C1GMI
chwile ulotne (tył) - http://youtu.be/n5DtWJ7OMv4
jestem bogiem - http://youtu.be/0cRw8ZYaaWU
jestem bogiem (całe) - http://youtu.be/7ZBM03higYs
powierzchnie tnące - http://youtu.be/QEliheQCDBk
popatrz (sotu beatbox) - http://youtu.be/XMj81Pn3BAQ







wtorek, 10 stycznia 2012

góry #2 - Barania Góra

Przez cały tydzień po wyprawie na nieplanowaną Rysiankę, po głowie chodziły tylko góry. Szczęśliwym trafem grupka znajomych spędzała rowerowy weekend w górach, zatrzymując się na nocleg w pewnej bacówce ;). To zdeterminowało miejsce, do którego po raz kolejny udałem się razem z bracikiem. Oczywiście jak poprzednim razem, nie udało się wyruszyć na szczyty wcześniej niż w niedzielę. Na szczęście było to tak dawno, że powodów opóźnionego wyjazdu jak i grzechów, które wtedy popełniłem nie pamiętam :P. Na szczęście w przeciwieństwie do poprzedniego wyjazdu, tym razem byłem bogatszy o dokładny plan dnia, który sporządził Michał.

Wczesnym rankiem, gdy kasy pkp są jeszcze zamknięte wsiadłem do pociągu w stronę Milówki. Miejsce bardzo mi bliskie z lat podstawówki, gdy jeździłem tam przez 5 kolejnych lat na wakacje :). Do stacji docelowej dojechałem w ciemnozłotym żubra mgnieniu. Szybkie zdjęcie planu miasta, zakup cytryny i soli dla potrzebujących, dzwoniących z bacówki  i można było ruszyć na Baranią Górę czarnym szlakiem. Mieliśmy podjechać busem do Złatnej, niestety rzadko jest widywany w tych okolicach, co zmusiło do szybkiego ruszenia z buta w kierunku NW. Przy nowym wiadukcie miał miejsce pierwszy postój, ponieważ poczuliśmy, że chyba nie trafimy na czarnego co w normalnych warunkach byłoby wielkim szczęściem ;). Z pomocą przyszła stara mapa Beskidu Śląskiego i Żywieckiego z 1978r. Szlak został odnaleziony i można było zacząć maszerować równym tempem. Niestety po paru kilometrach... nie! nie! nie zgubiliśmy szlaku, to on zgubił Nas! Tym razem mapa nie podała pomocnej dłoni, tak samo jak nie podał nam je gość spotkany pod sklepem, który nakazał iść dalej tą drogą, na końcu której miał czekać na Nas czarny pasek. Z brakiem czasu w rękach, z bólem nóg od 3-krotnego wędrowania tą samą drogą tam i nazot, poszliśmy w ostatecznie po prostu do góry, aby przy najbliższej możliwej okazji odbić w to pierwsze lewo :). Najpierw była asfaltówka, później ostatni dom po prawej, dalej były kamienie, a na końcu przymarznięta rzeczka, którą postanowiliśmy iść. Rzucając nam kłody pod nogi wciągnęła Nas w dno dość stromawego wąwozu :P. W sumie ślepa uliczka, z której nic nie widać co skłoniło do podejścia przy użyciu czterech kończyn, aby zobaczyć szczyty i ocenić swoje położenie. Na grzbiecie lewej ściany opisywanego dołka, przy użyciu 10-ciokrotnego zooma z legenarnej fuji wypatrzyłem stalową konstrukcję na szczycie jednej z gór :). Posiadanie celu w zasięgu wzroku pozwoliło ruszyć z kopyta. Z małymi przerwami na suszenie i pstrykanie zdjęć dotarliśmy na szczyt. Brat był tam pierwszy raz, a mi wszystko przypominało wycieczkę rowerem na Baranią sprzed 2 lat. Na szczycie lato, w sumie jak przez całą drogę, nigdy bym nie powiedział, że to 13 listopada. Chociaż na aparacie jednego ze szczytujących widziałem zdjęcie tego miejsca sprzed 2 dni, na którym był tylko śnieg ;>. 

Po zrobieniu panoramy wypatrzyłem w oddali bacówkę, do której chciałem dotrzeć minimum 2 godziny wcześniej, niestety szukanie szlaku mocno skróciło czasy na wszystko. Przy domku był kolejny przystanek na suszenie, tym razem również skarpetek, które przez nieuwagę spaliłem :>. Znalazł się również czas na piwko i pogaduchy. Szybko zachodzące słońce równie szybko zmusiło do drogi powrotnej. Niestety nie było mowy, aby wracać jak zakładał plan, przez Magurkę do Węgierskiej Górki. Trzeba było schodzić z powrotem   do Milówki, co i tak odbyło się w całkowitych ciemnościach :). Obok stacji pkp posililiśmy się jeszcze piwkiem, ponieważ nie było czasu na zakup pizzy. Na peronie zdążyła jeszcze dojechać do nas ekipa rowerowa, która myślała, że jednak spotkamy sie dopiero w pociągu ;D. Jednak odpuszczenie planu dnia, było jedyną słuszną decyzją. Wróciłem do domu wesołym ciapągiem, bogatszy o nowe doświadczenia i z energią na kolejny tydzień na końcu którego miał nastąpić pierwszy mój w życiu atak na Babia Górę. Miał jest tu słowem kluczowym, a Diablak będzie musiał poczekać