wtorek, 10 stycznia 2012

góry #2 - Barania Góra

Przez cały tydzień po wyprawie na nieplanowaną Rysiankę, po głowie chodziły tylko góry. Szczęśliwym trafem grupka znajomych spędzała rowerowy weekend w górach, zatrzymując się na nocleg w pewnej bacówce ;). To zdeterminowało miejsce, do którego po raz kolejny udałem się razem z bracikiem. Oczywiście jak poprzednim razem, nie udało się wyruszyć na szczyty wcześniej niż w niedzielę. Na szczęście było to tak dawno, że powodów opóźnionego wyjazdu jak i grzechów, które wtedy popełniłem nie pamiętam :P. Na szczęście w przeciwieństwie do poprzedniego wyjazdu, tym razem byłem bogatszy o dokładny plan dnia, który sporządził Michał.

Wczesnym rankiem, gdy kasy pkp są jeszcze zamknięte wsiadłem do pociągu w stronę Milówki. Miejsce bardzo mi bliskie z lat podstawówki, gdy jeździłem tam przez 5 kolejnych lat na wakacje :). Do stacji docelowej dojechałem w ciemnozłotym żubra mgnieniu. Szybkie zdjęcie planu miasta, zakup cytryny i soli dla potrzebujących, dzwoniących z bacówki  i można było ruszyć na Baranią Górę czarnym szlakiem. Mieliśmy podjechać busem do Złatnej, niestety rzadko jest widywany w tych okolicach, co zmusiło do szybkiego ruszenia z buta w kierunku NW. Przy nowym wiadukcie miał miejsce pierwszy postój, ponieważ poczuliśmy, że chyba nie trafimy na czarnego co w normalnych warunkach byłoby wielkim szczęściem ;). Z pomocą przyszła stara mapa Beskidu Śląskiego i Żywieckiego z 1978r. Szlak został odnaleziony i można było zacząć maszerować równym tempem. Niestety po paru kilometrach... nie! nie! nie zgubiliśmy szlaku, to on zgubił Nas! Tym razem mapa nie podała pomocnej dłoni, tak samo jak nie podał nam je gość spotkany pod sklepem, który nakazał iść dalej tą drogą, na końcu której miał czekać na Nas czarny pasek. Z brakiem czasu w rękach, z bólem nóg od 3-krotnego wędrowania tą samą drogą tam i nazot, poszliśmy w ostatecznie po prostu do góry, aby przy najbliższej możliwej okazji odbić w to pierwsze lewo :). Najpierw była asfaltówka, później ostatni dom po prawej, dalej były kamienie, a na końcu przymarznięta rzeczka, którą postanowiliśmy iść. Rzucając nam kłody pod nogi wciągnęła Nas w dno dość stromawego wąwozu :P. W sumie ślepa uliczka, z której nic nie widać co skłoniło do podejścia przy użyciu czterech kończyn, aby zobaczyć szczyty i ocenić swoje położenie. Na grzbiecie lewej ściany opisywanego dołka, przy użyciu 10-ciokrotnego zooma z legenarnej fuji wypatrzyłem stalową konstrukcję na szczycie jednej z gór :). Posiadanie celu w zasięgu wzroku pozwoliło ruszyć z kopyta. Z małymi przerwami na suszenie i pstrykanie zdjęć dotarliśmy na szczyt. Brat był tam pierwszy raz, a mi wszystko przypominało wycieczkę rowerem na Baranią sprzed 2 lat. Na szczycie lato, w sumie jak przez całą drogę, nigdy bym nie powiedział, że to 13 listopada. Chociaż na aparacie jednego ze szczytujących widziałem zdjęcie tego miejsca sprzed 2 dni, na którym był tylko śnieg ;>. 

Po zrobieniu panoramy wypatrzyłem w oddali bacówkę, do której chciałem dotrzeć minimum 2 godziny wcześniej, niestety szukanie szlaku mocno skróciło czasy na wszystko. Przy domku był kolejny przystanek na suszenie, tym razem również skarpetek, które przez nieuwagę spaliłem :>. Znalazł się również czas na piwko i pogaduchy. Szybko zachodzące słońce równie szybko zmusiło do drogi powrotnej. Niestety nie było mowy, aby wracać jak zakładał plan, przez Magurkę do Węgierskiej Górki. Trzeba było schodzić z powrotem   do Milówki, co i tak odbyło się w całkowitych ciemnościach :). Obok stacji pkp posililiśmy się jeszcze piwkiem, ponieważ nie było czasu na zakup pizzy. Na peronie zdążyła jeszcze dojechać do nas ekipa rowerowa, która myślała, że jednak spotkamy sie dopiero w pociągu ;D. Jednak odpuszczenie planu dnia, było jedyną słuszną decyzją. Wróciłem do domu wesołym ciapągiem, bogatszy o nowe doświadczenia i z energią na kolejny tydzień na końcu którego miał nastąpić pierwszy mój w życiu atak na Babia Górę. Miał jest tu słowem kluczowym, a Diablak będzie musiał poczekać