środa, 23 listopada 2011

góry #1 - zapomniane miejsce, które jest tak blisko

Pewnego piątkowego wieczoru podczas szurania sobie nóżką na parkiecie do głowy przyszedł pomysł na wyjazd w góry. Całkowicie bez celu i bez planu, po prostu w góry. Znalazło się kilku chętnych, jednak wypad zaplanowany na sobotni świt z wiadomych względów nie wypalił. Na szczęście udało ruszyć się z samego rana w niedzielę ;). W pięcioosobowym składzie (Martynka, Ola, Łukasz, Michał i ja) za cel obraliśmy sobie Halę Boraczą lub Wielką Raczę, decyzja miała zostać podjęta w drodze. Jednak nasz przewodnik górski (a nie drogowy ;P) w postaci Oli i jej gps w postaci Łukasza, pomylili drogi dzięki czemu dojechaliśmy do Sopotni Wielkiej :P. Cel określił się sam, a my mogliśmy rozpocząć wędrówkę niebieskim na Rysiankę :). Po mojej dłuuugiej nieobecności w górach, chłonąłem je wszystkimi zmysłami, ale i tak nie umiałem się nacieszyć. Szczyt zdobyliśmy migiem, więc aby pozostać dłużej na wysokości postołowaliśmy się w schronisku przy grzańcach i jedzeniu z plecaków ;). Po 2 godzinach trzeba było udać się w dół i zakończyć wspaniała niedzielę, która jak okaże się później nie będzie jedyną.

Rewelacyjnie było odciąć się od schematycznego życia a la Human Traffic i spędzić weekend w zupełnie inny, nietrywialny sposób. Duża w tym zasługa nowych trekingów, które w końcu pojawiły się na pokładzie i zastąpiły glany, służące mi wiernie od 2003r. Dobrze było przypomnieć sobie góry, które są tak blisko i naprawdę są lepsze niż każde morze, o czym niestety zapomniałem.

Nie ma sensu pisać więcej, bo kto by to czytał skoro lepiej popatrzeć na zdjęcia ;).  Jak widać pogoda 6 listopada przypominała pełnoprawne lato :D.